piątek, 23 czerwca 2017

#2

Dziewczyna wyrwała się z transu, gdy trzymane ciało rozpadło się na małe, szare drobinki. Na ziemię poleciało samo ubranie.
Diana była w szoku. Co właśnie zrobiła? Co się właśnie stało?  Pamięta tylko cudowną woń i słodki smak krwi. Jej serce biło zestresowane szybciej, a wzrok nadal był utkwiony w bluzce ofiary. Jedyny dźwięk, jaki dało się słyszeć, to szum liści brzóz i co jakiś czas ćwierkanie ptaków. Kolorowe niebo było coraz bardziej pokrywane przez granat.
Diana nadal stała jak zamrożona. Jej ciało wysyłało impulsy, że powinna stąd iść, ogarnąć się. Nie myśląc zaczęła cofać się i wyszła z polanki.
Ocknęła się parę metrów dalej. Miała w głowie istny mętlik, ale jej ciało było nienaturalnie spokojne. Nie myśl o tym. Później to zrobisz, mówiła do siebie. Teraz zależało jej, aby znaleźć się jak najszybciej w domu. Tylko jak? Zasięgu tutaj nie było i była sama w środku lasu. Właśnie... sama. Odgoniła te myśli. Skupiła się na powrocie.
Zaczęła szukać większej, udeptanej ścieżki. W końcu po dwudziestu minutach udało się jej. Rozejrzała się, bo nie wiedziała, w którą stronę ma iść. Obydwa kierunki prowadziły dalej w las, ale któryś musiał prowadzić do normalnej drogi, nie? Tylko który?
Zmrużyła oczy, wpatrując się w jedną ze stron. Może coś dostrzeże, co pomoże jej podjąć decyzję?
Nagle, w ułamku sekundy, jej wzrok jakby wyprzedził ciało. Poleciał według ścieżki, co jakiś czas skręcając, aż wreszcie zatrzymał się i w niedalekiej odległości było widać asfalt i przejeżdżający, srebrny samochód. Obraz na bokach był rozmyty, a po środku był jakby patrzyło się przez lornetkę.
Diana była zdezorientowana. Nic nie rozumiała. Co to było? Nie była tym przerażona. Widziała przed chwilą, że ma czarne oczy, kły i jakieś widły zamiast palców. Jej zmęczony natłokiem wydarzeń umysł przestał się bać i tylko zaczął przyswajać nowe informacje.
Bez zastanowienia ruszyła w stronę asfaltu.
Droga okazała się dłuższa niż pokazał wzrok, mimo szybkiego marszu. Wynosiła ona ponad kilometr. Przy skraju lasu, zanim wyszła na jezdnię, wyjęła telefon, aby sprawdzić swój wygląd. Zwróciła przy tym uwagę na ręce, które były normalne, ale wolała się upewnić co do koloru tęczówek. Byłby kłopot gdyby ktoś zobaczył nastolatkę w częściowo podartych ubraniach, z czarnymi oczami i dziwnymi palcami, chodzącą po ulicy, w dodatku o zmierzchu. Chciała przynajmniej choć trochę ukryć niecodzienną sytuację.
W słabym odbiciu zobaczyła niebieskie oczy. Odetchnęła z ulgą i wyszła na drogę. Rozejrzała się I wiedziała gdzie jest. Poznawała tą ulicę. Znajdowała się niedaleko szkoły. Z prawej strony było widać już budynki. Dziewczyna szybko ruszyła w stronę domu, nie zwracając na nic uwagi.
Mijała kolejno wszystkie rzeczy, które niby widzi na co dzień, jednak w nocy wszytko wygląda inaczej. Stara droga do szkoły, była oświetlona przez latarnie. Spokojne, poboczne uliczki teraz były ciemne i wcale nie zachęcały, aby nimi pójść. Wszystko stało się bardziej mroczne i tajemnicze, a wiejący, jesienny wiatr tylko podwajał efekt. Na chodniku dodatkowy szelest wywoływały suche liście.
Gdy przekroczyła próg drzwi, od razu podeszła do niej mama. Na jej twarzy malowało się zdenerwowanie, spowodowane troską o córkę.
- Gdzie byłaś? Czemu tak późno przyszłaś? - zaatakowała od razu pytaniami.
Diana spojrzała się w jej oczy, w których można było zobaczyć miłość matki do dziecka. To co dziewczynę zdziwiło to jej własny spokój. Serce blondynki biło normalnie, jakby ciało w środku było puste.
- Byłam u koleżanki - skłamała Diana, a jej ton głosu, wskazywał jakby to była prawda. Nie wiedzieć czemu czuła się normalnie. Gdyby ktoś zapytał ją co czuje, odpowiedziała by szczerze, że nic.
- Nie mogłaś chociaż zadzwonić? - powiedziała zmartwiona matka. Przez ostatnie godziny przez jej głowę przelatywały najczarniejsze scenariusze. Na szczęście jej córka wróciła cała i zdrowa. Tylko nie wiedziała, że inna.
- Telefon mi się rozładował - odpowiedziała nastolatka, przechodząc do kuchni, aby się wzrokowo przywitać z tatą, który był w salonie.
- Cześć - rzuciła.
- Dobrze, że jesteś. Matka tak się niepokoiła, że wyżywała się na mnie - rzekł zrezygnowany na to wspomnienie.
Starsza brunetka się zaczerwieniła.
-A ty co? Mógłbyś się przynajmniej trochę przejąć -powiedziała zakłopotana, przez co zdenerwowana.
Ojciec tylko westchnął.
Diana się lekko uśmiechnęła. Powiedziała, że idzie spać i poszła na górę. Tam oczywiście był jej brat. Niepokoił się jej nieobecnością, więc cierpliwie czekał aż wróci. Dziewczyna rzuciła mu szybkie "dobranoc" i poszła dalej. Nie chciała z nim gadać, ani z nikim innym.
Przebrała się, umyła i zamknęła w swoim pokoju.
Mimo panującej ciemności doskonale widziała wszystkie meble, tylko że w szarościach. Położyła się na miękkim materacu i przykryła kołdrą.
Nie była śpiąca, ani zmęczona. Wpatrywała się w sufit z twarzą, która nie zdradzała żadnych uczuć. Miała poczucie, że wszystko co się stało, co jest teraz, jest jednym, wielkim snem, że zaraz się obudzi i poczuje się normalnie. Niestety, to była rzeczywistość. Zamknęła oczy. Może uda jej się zasnąć.
Przed oczami stanęły jej płomienie i miejsce, w którym się znalazła. Jej powieki szybko powędrowały w górę. Przewróciła się na drugi bok. Czyżby ta noc miała być nieprzespana?
Przy kolejnej próbie uśnięcia przez myśli przebiegły wszystkie chwile spędzone z Ashem. Te radosne, jak się poznali, sytuacja w łazience, w przebieralni, jej urodziny, a nawet pojawienie się białowłosego demona. Później te gorsze wspomnienia, a wraz z nimi uczucia, takie jak smutek i lęk. Ponownie otworzyła oczy. Spojrzała na swoją rękę, a dokładnie na dawne miejsce kontraktu. Czy Ash ją zostawił? Co się w ogóle stało? Znowu miała być... sama?
Na tą myśl coś ją ukuło w serce. Nie chciała wracać do tych dni sprzed pamiętnego spotkania. Jak o tym pomyślała to ją w środku coś zabolało. Nie chciała tego tracić. A może jego?..
Znów się przekręciła na drugi bok. Postanowiła podsumować dzisiejsze wydarzenia. Jeszcze dziś wracała ze szkoły z Ashem... A potem obudziła się w palącej się piwnicy. Później wybiegła w las i spotkała najprawdopodobniej wampira, którego zbiła. Wydawało się jej jakby nie minął jeden dzień, a kilka.
 Jedną z dziwnych rzeczy było dla niej to, że za bardzo nic nie czuła. Na wspomnienie wysysanej krwi, jej ciało nie wzdrygnęło się, a na widok rodziców nie poczuła ulgi, tylko ci ludzie wydawali jej się być bardziej odlegli. Wiedziała, że powinna czuć przerażenie, w końcu stała się czymś, nawet nie wie czym, ale tego nie robiła. Czyżby dawna Diana zniknęła?
Obróciła się na plecy. Dlaczego jej emocje jakby się same wyłączyły? Może było o spowodowane szokiem nową sytuacją, a może tak jej organizm reagował na zbyt wielką  falę uczuć, albo już przywykła do przerażenia i teraz za bardzo to ją nie ruszało.
Przytuliła się do poduszki. Jednak do jej serca zawitało jedno, dawno nie widziane doznanie, a mianowicie samotność. Poczuła coś mokrego na policzku. Przytknęła rękę i zobaczyła, że to pojedyncza łza. Otworzyła oczy ze zdziwienia. Nawet nie poczuła jak jej oczy się zrobiły mokre. Dawna ona nie zniknęła do końca.
Nagle zobaczyła przez skrawek okna coraz jaśniejsze niebo. Nie spała całą noc. Wzięła telefon, podłączony do ładowarki i sprawdziła godzinę. Było w pół do piątej.
Usiadła na ramie łóżka i oparła na niej ręce. Postanowiła, że musi coś zrobić. Nic nie przyjdzie jej z użalania się nad sobą. Pragnęła wiedzy. O sobie i o tym, co się stało. Nie wiedziała jak ją zdobyć, ale wiedziała, że musi spróbować czegokolwiek. Musiała zrozumieć nową siebie. Postanowiła przetestować przemianę, a dokładniej dziwną zmianę wyglądu. Wolała nie robić tego w domu, a do głowy przychodził jej tylko las. Szybko się przebrała i po cichu wyszła głównymi drzwiami.
Tylko gdzie dokładnie miała teraz iść? Do jej ulubionego miejsca? Od razu zaatakowała ją fala wspomnień z chwili, gdzie widziała po raz pierwszy śmierć człowieka na własne oczy. Wolała tam nie iść. Najlepiej gdzieś odosobnione miejsce. Tak wcześnie i tak będzie bardzo mało ludzi, ale ci co mają psy wychodzą zwykle o tej porze na spacer. Jedyne co jej przychodziło to głąb lasu, a jedyne takie miejsce, które pamięta, to okolice spalonej piwnicy. Tam na pewno nie wróci, ale jeszcze dalej powinien także być spokój. Tylko jak tak szybko się tam znajdzie? Obróciła się, będąc jeszcze na podwórku, szukając pomysłu.
Zobaczyła rower brata, pozostawiony koło domu.
- Bingo - rzekła uśmiechając się do siebie. O tej porze nie będzie żadnego ruchu na ulicach.
Ponad dziesięć minut później była już daleko od domu, dalej niż wcześniej od szkoły i sama w środku lasu.
Postawiła pojazd przy drzewie i stanęła, wsłuchując się w poranny śpiew ptaków. Wzięła głęboki wdech, gdy świeży poranny wiatr zaczął jej wiać na twarz i zamknęła oczy delektując się naturą i spokojem.
Nagle poczuła jak coś się jej brutalnie wbiło w mięsień czworoboczny.


________________________________________
Ostatnio mam trudności z pisaniem, ale nie chcę tego porzucać.
Co to mogło się pojawić? Albo kto? ^.^
Czekam na wasze domysły :D

/~NekoNestee

poniedziałek, 5 czerwca 2017

#1

Ciemność. Wszędzie mrok. Diana nic nie widziała, ani nic nie słyszała. Otaczała ją martwa cisza. Czyżby umarła? Ale czy w takim razie nie powinna gdzieś się przenieść? Dziewczyna czuła, że odchodzi do innego świata. Cała jej świadomość powoli zanikała. Najpierw straciła władzę nad ciałem, a później jej zmysły przestały działać. Tylko patrzyła oczami duszy na otaczającą ją nicość.
Aż nagle coś jakby w nią strzeliło. Pojawił się ból, który rozchodził się od prawej ręki, jakby miliony igieł płynęło razem z jej krwią. Nie mogła w żaden sposób pokazać swojego cierpienia. Jej ciało nie słuchało, chciała krzyczeć lecz jej usta nawet się nie otworzyły, tak samo jak oczy.
Przeżywała istną męczarnię. Czuła jak każda część jej organizmu zostaje przeszyta na wylot, a ona sama nic na to nie mogła poradzić. Ból przejmował nad nią kontrolę, jakby każdy mięsień po kolei zostawał rozerwać,  a kość wyżerana przez kwas. Najpierw ręka, później nogi, klatka piersiowa, druga dłoń i na końcu głowa. Chciała się skulić, przysunąć kolana, aby chociaż odrobinę zmniejszyć cierpienie, ale nie mogła. Chciała wbić palce w cokolwiek, aby się wyżyć, ale jej dłoń nawet nie drgnęła. Pogrążona w agonii czekała, aż ta ustąpi.
W końcu ból zaczął słabnąć. Jakby zniszczył każdą jej cząstkę po kolei, a nie mając nic więcej do destrukcji, wycofywał się.
Nic nie czuła. Pustka. Jakby była bezcielesną istotą, zamkniętą w naczyniu. Po prostu była. To było miłe uczucie, wręcz wielka ulga, w porównaniu do tego, co czuła przed chwilą.
Diana nie wiedziała ile czasu minęło, zanim wreszcie odzyskała nad czymś władzę. Jej serce zaczęło powoli wznawiać pracę. Zaczęła wreszcie coś czuć, a mianowicie rozchodzące się wewnątrz ciepło. Wkrótce krew dotarła do wszystkich części ciała, powodując zanik uczucia zdrętwienia.
Dziewczyna próbowała się poruszyć, niestety bezskutecznie.
Po chwili nagle zaczęła odzyskiwać zmysły. Najpierw stłumione dźwięki stawały się coraz wyraziste, a potem zaczynał działać jej węch, przez który poczuła zapach dymu.
W końcu otworzyła oczy, odzyskując pełną kontrolę nad ciałem. Oślepił ją ogień. Zamrugała parę razy, by jej wzrok się wyostrzył i rozejrzała się zdezorientowana.
Ujrzała jak wszystko wokół niej płonie.  Trzaski palonych rzeczy docierały do niej ze wszystkich stron. Zauważyła, że coś jest nie tak, bo przecież jak zwykłe, metalowe rzeczy mogą się płonąć? Sama siedziała na stole, jakby operacyjnym, a wszystkie narzędzia, które wisiały przy ścianie, się topiły. Tak samo reszta podobnych wózków, na których były obiekty, będące źródłem innego smrodu, jakby palącego się ciała. Dziewczyna przestraszyła się i nerwowo podkuliła nogi. Zobaczyła, że języki ognia zaczęły ją otaczać, że chciały także i ją przemienić w popiół. Panika wzięła w górę. Chciała pobiec do drzwi, które dostrzegła, jednak nim się obejrzała, nagle już przed nimi była, oparta plecami.
Jej oddech był szybki. Nie wiedziała gdzie jest, ani co się właśnie stało. Chciała się odwrócić i uciec, jednak jej noga na coś się natknęła. Diana spojrzała w dół, a jej oczy stały się szersze z przerażenia. Zobaczyła palącą się, martwą istotę, podobną do człowieka, bez głowy. Zamiast niej była tylko krwawa dziura. Blondynka szybko pchnęła drzwi i instynktownie biegła do wyjścia z piwnicy.
Na zewnątrz oślepił ją blask zachodzącego słońca. Z tego powodu zasłoniła oczy cieniem ręki.
Wciąż czuła mocne i przyśpieszone bicie jej własnego serca. Rozejrzała się przerażona niewiedzą, gdzie się znajduje. Wokół był tylko las. Wszystkie drzewa; brzozy, klony i świerki, oraz mniejsze krzaki zapełniały całą widoczność. Wiejący wiatr poruszał liśćmi, powodując charakterystyczny szum.
Odwróciła się ku pożarowi. Jej ciało krzyczało, aby uciekała przed możliwym wybuchem. Dziewczyna posłuchała się instynktu i zaczęła biec w las.
Czuła jak włosy zahaczają o pojedyncze liście, które były przesuwane pośpiesznie przez ręce i wyrywały jej pojedyncze włosy. Diana nie raz przy szybkim odgarnianiu gałęzi czuła, jak te robią zadrapania na jej nogach i dłoniach.
W końcu po paru minutach biegu, zmęczona szokiem i negatywnymi uczuciami, przystanęła przy pierwszym lepszym drzewie i się o nie oparła. Dysząc rozejrzała się i dostrzegła rząd przylegających do siebie krzaków, a za nimi drzewo. To nie było nic nadzwyczajnego, ale owe rośliny tworzyły trudno dostępną przestrzeń, która była podobna do ulubionego miejsca Diany. Bez zastanowienia tam poszła. Z trudem odgarnęła gałęzie, ale w końcu dostała się do środka kręgu z krzaków. Oparła się o jedyne drzewo i nogi same się jej ugięły.
Jej serce nadal zdecydowanie za szybko biło. Nagle poczuła, że się dusi. Opadła bardziej pionowo na kolana i zaczęła kasłać. Na ręce, którą zasłaniała usta, pojawiła się plama krwi, przyczyna zadławienia. Jej oczy otworzyły się szerzej. Szybko wytarła dłoń o trawę i cofnęła się do drzewa, znów się o nie opierając z podkulonymi kolanami. Zamknęła oczy i wzięła parę wdechów na uspokojenie. Adrenalina powoli opadała, dając na nowo pełną kontrolę nad zmysłami.
Pierwsze co jej przyszło do głowy, to która godzina. Przecież jak się nie pojawi w domu to jak to wytłumaczy rodzicom? Ale później druga myśl. Ile włacinie była nieprzytomna i gdzie jest? Dziewczyna postanowiła odpowiedzieć chociaż na jedno z tych pytań i sięgnęła ręką do zapiętej kieszeni letniej kurtki po telefon. Gdy miała już go w ręku, zanim na niego, spojrzała najpierw na swoją dłoń. Była bledsza niż normalnie, ale nie to było dziwne. Dziwne były dłuższe palce oraz ostro zakończone paznokcie. Ściśnięte wszystkie razem tworzyły tak jakby ostrze. Diana zobaczyła druga rękę, która za wiele się nie różniła od poprzedniej, z wyjątkiem środkowego palca. Był prawie biały, jeszcze bledszy od reszty skóry, jakby odrósł na nowo, ale co najdziwniejsze, nie było na nim śladu kontraktu. Zaniepokojona tym faktem wstała i odruchowo się rozejrzała.
- Ash! - krzyknęła, lecz nikt nie odpowiedział. - Ashimaru, chodź tutaj! - wolała, ale niestety na próżno. Spojrzała znów na swój palec i przyjęła rzeczywistość. Nie mieli już kontraktu.
W międzyczasie językiem wyczuła, że ma zmienioną budowę szczęki. Spojrzała na ciemny ekran telefonu, w którym dzięki ostatnim promieniom padających na twarz, ujrzała swoje odbicie. Zszokowały ją oczy, które nie były szaro-niebieskie jak zazwyczaj, ale jarząco pomarańczowe, a czarne białka jeszcze bardziej podkreślały intensywność i jaskrawość nowej barwy, ale przynajmniej źrenice zostały okrągłe.
Otworzyła usta i zobaczyła zmienione uzębienie. Dwójki były dłuższe, lekko zakrzywione, tworząc hak. Kły były najdłuższe, także bardzo ostre i też trochę  zniekształcone, ale nie tak bardzo jak poprzednie zęby. Dziewczyna owszem była przestraszona, ale ten strach był spowodowany nowymi zdarzeniami i nowym wyglądem, niż tym jaki on jest.
Po chwili patrzenia się na własne odbicie, wreszcie włączyła ekran i zobaczyła godzinę. Po dwudziestej pierwszej ten sam dzień. Nogi znów same się jej ugięły, tylko nie wiedziała czy to z ulgi czy z przerażenia. W końcu była sama w lesie, nie znanym jej miejscu, a robiło się coraz ciemniej. W dodatku nawet jeśli chciała wrócić do domu, to jak miała ukryć swój wygląd? Domyślała się, że stała się istotą nadnaturalną i jakoś pewnie da się ukryć nową formę, i to ją nie stresowało za specjalnie, bo zawierając pakt z demonem domyśliła się, że coś podobnego może się zdarzyć, a spędzając z nim czas coraz bardziej przyzwyczajała się do innego świata. To, czego się bała, to jej nieumiejętność ukrycia nowego wyglądu, niewiedza czym jest oraz fakt, że jest sama
Diana siedziała skulona pod drzewem przez około piętnastu minut, układając sobie wszystko w głowie. Myślała nad ostatnimi wydarzeniami i jak do tego doszło. Właśnie, jak? Nic nie rozumiała i to ją denerwowało najbardziej. Kiedy tak siedziała, wreszcie ocknęła się z transu i zobaczyła, że jej palce są normalnej długości. Przejechała językiem po zębach i te również były normalne. Co się właśnie stało? Jak? Pytania kłębiły się w jej głowie, ale jednego była pewna- była spokojna. Może to jest kluczem?
Zamyślona nawet nie zauważyła, jak ktoś zbliżał się do jej kryjówki. Serce jej szybciej zabiło gdy usłyszała szelest. Podniosła wzrok i zauważyła damską rękę przeciskającą się przez krzaki, później nogę, aż w końcu całą sylwetkę.
Kobieta, która wychodziła z krzaków była naprawdę piękna. Miała na oko dwadzieścia lat. Długie, kręcone i kasztanowe włosy opadały jej na drobną twarz. Była bardzo szczupła a swoją atrakcyjność podkreśliła bluzką z dekoltem oraz krótką, czarną spódniczką. Jednak mimo ładności wcale nie wzbudzała u Diany zaufania. Blada cera, jarzące się wiśniową czerwienią oczy oraz złośliwy uśmieszek na rubinowych ustach, wzbudzał wręcz niepokój i lęk.
Dziewczyna mogła się tylko domyślić z kim ma do czynienia. Oparła się mocniej o drzewo, jakby chciała się w nim schować, gdy nowo przybyła odezwała się melodyjnym i kuszącym głosem:
- Proszę, proszę. Aleś się schowała. - Rozejrzała się i zaczęła iść w kierunku swojej ofiary przy granicach polanki, głaszcząc prawą dłonią krzaki. W ten sposób pokazywała, że blondynka nie ma drogi ucieczki. - Niestety bezskutecznie. Twoja krew ta ładnie pachniała... - przystanęła i się zaciągnęła zapachem. - Że nie mogłam się oprzeć. - Otworzyła oczy i zabrała gwałtownie rękę z roślin. Przy tym, jedna z ostrych gałęzi rozcięła jej część dłoni. Kobieta spojrzała się bezemocjonalnie na swoją rękę i wzruszyła ramionami. Spojrzała ponownie na swoją ofiarę i momentalnie zamarła w miejscu.
Diana gdy zobaczyła ranę intruza, nagle poczuła głód. Gdy wyostrzony węch wyczuł słodką woń, jej umysł został zamglony tylko przez pragnienie. Poczuła, że znów ma kły, że jej palce się zmieniły, a oczy zaszły czernią i pomarańczem. Nawet na to nie zareagowała. Wszystko zeszło na drugi plan. Liczyła się tylko nagła pustka w żołądku i suchość w gardle, które mogły być zaspokojone tylko w jeden sposób. Ogarnęła ją żądza. Żądza krwi. Teraz to ona patrzyła się na kobietę niczym drapieżnik na ofiarę. Usta, lekko rozchylone, chciały znaleźć się na bladej i idealnie gładkiej skórze, aby poczuć ten kuszący smak. Oczy przeszywały wampirzycę na wylot, sprawiając, że ta odczuła zagrożenie płynące od dziewczyny. Sparaliżowana nie mogła się ruszyć. Wpatrzona była ze strachem w swojego przeciwnika. Serce zaczęło jej szybciej bić. Już chciała się zerwać do ucieczki, gdy nagle poczuła przeszywający ból na szyi.
Diana złapała kobietę za ramiona, a gdy ta próbowała się wyrwać, ścisnęła je tak mocno, że nie dało się nimi ruszać. Podwójne kły przebiły brutalnie najpierw skórę, a później napotkany opór, spowodowany mięśniami. Ciepła krew wleciała do jej ust, zaspokajając pragnienie.
Brązowowłosa nie mogła krzyczeć, mimo że chciała. Nie mogła uciec, mimo że tylko to było jej jedyną drogą ratunku. Czuła powolne drętwienie wszystkich kończyn, nasilające się w całym ciele. Chciała się wyrwać, ale bezskutecznie. Jedynie ból się nasilił, ponieważ blondynka wbiła się głębiej zębami, aby pozyskać jeszcze więcej pożądanej cieczy.
W końcu kierowana głodem Diana wyssała całą szkarłatną ciecz, a martwe ciało z niemym krzykiem na ustach zmieniło się w popiół, pozostawiając tylko bluzkę, spódniczkę i buty.

____________
Witam Cię po mojej dłuższej nieobecności!...
 Tak wiem, moja wina ;-;
Masz prawo być zły, drogi czytelniku, ale zgłaszam, że druga część się rozpoczęła !
Więc zapraszam!

~NekoNestee


PS. Jeśli widzisz błąd to nie bój się pisać, bo mogę go przeoczyć ._. Tak samo jeśli masz jakieś przemyślenia,co jest dobrze a co źle, to też chcę usłyszeć Twoje zdanie!








czwartek, 23 marca 2017

Bonus Specjalny

Promienie słońca wpadały przez okno, a jasność jaką niosły nie zatrzymały nawet zasłony.
Diana z trudem otworzyła oczy. Walczyła, aby jej powieki znów nie opadły. Najchętniej jeszcze by pospała, ale wiedziała, że jeśli to zrobi to zaśnie na kolejne godziny, a było już prawie południe.
Zmusiła się by poderwać swoje ciało i postawiła obie nogi na podłodze. Wiedziała, że jej ciało się obudziło, jednak jej mózg nadal był jakby we śnie.
Poszła do łazienki i leniwie wzięła szczotkę do zębów. Po paru minutach zaczęła się zastanawiać co dziś za dzień, aż w końcu jej się przypomniało, że dziś są jej urodziny. Uśmiechnęła się do siebie w lustrze i czuła, jakby ta wiadomość dodała jej energii.
Wróciła do pokoju cała w skowronkach. Ash w tym czasie leżał na jej łóżku na plecach i podrzucał piłką, znalezioną na jej biurku.
- Czemu jesteś taka szczęśliwa? -zapytał, nie spuszczając wzroku z zabawki.
- Bo dziś jest bardzo fajny dzień - odparła radośnie, biorąc rzeczy do przebrania się.
- E tam - powiedział obojętnie nadal się bawiąc. - Dzień jak co dzień.
Diana spojrzała na niego zirytowana. Ten się na nią tylko spojrzał. Dziewczyna wyszła bez słowa, zostawiając zdezorientowanego demona.
Gdy zeszła na dół, przywitała ją mama z ciepłym uśmiechem na twarzy.
- Cześć skarbie - powiedziała obejmując córkę.- Wszystkiego najlepszego z okazji twoich osiemnastych urodzin!
- Dziękuję mamo - rzekła znów szczęśliwa dziewczyna. - Gdzie jest Alan i Gabrysia? Bo wiem, że taty nie ma, bo jest w pracy.
- Alan... - zawahała się na sekundę. - Poszedł odwieźć siostrę do koleżanki. Idź teraz zjeść śniadanie i pojedziemy do sklepu po twój prezent - powiedziała z entuzjazmem, zmieniając temat.
Matka i córka weszły do centrum handlowego. Obie miały bardzo dobry humor. Dianie nie schodził uśmiech z twarzy. Cieszyła się, że może spędzić ciekawie czas.
- Chodźmy do sklepu z odzieżą - powiedziała mama wchodząc do miejsca. - Twoje koleżanki mają dla ciebie niespodziankę, więc musisz mieć co na siebie założyć. Wybierz jakąś sukienkę, która ci się najbardziej podoba i nie patrz na cenę.
Diana cała podekscytowana zaczęła przeglądać wszystkie ubrania. Sklep był dwupiętrowy i gdy obiegła już oba poziomy, poszła do szatni z kilkunastoma sukienkami.
Po dobrym czasie przymierzania, wzięła do ręki obcisłą oraz bardzo krótką, czerwoną sukienkę. Od początku wiedziała, że jej nie kupi, ale chciała zobaczyć jakby w niej wyglądała.
Gdy ją założyła, przejrzała się w lustrze. Dziewczyna nie za często nosiła coś zaznaczającego jej figurę, więc nie była przyzwyczajona do sukienek, które widocznie podkreślały jej kształty. Była miło zaskoczona, że sukienka na nią pasuje, ale stwierdziła, że w życiu takiej nie założy publicznie.
Spojrzała na swój wyeksponowany dekolt.
- Idziesz gdzieś kusić, diablico? - usłyszała złośliwy, męski głos. W tym momencie podskoczyła z przerażenia i się szybko obejrzała.
Gdy zobaczyła Asha, cała czerwona na twarzy, ze złości i wstydu, bez słowa wypchnęła go przez szparę w przebieralni i zaciągnęła zasłonę. Stanęła przodem do lustra nadal zszokowana tym, że on widział ją w tym ubraniu.
- Ale naprawdę nie masz się czego wstydzić - powiedział rozbawiony demon, wkładając tylko głowę przez wejście.
- Zamilcz - odrzekła stanowczo, ponownie zasłaniając pomieszczenie. - Idź stąd! Nie chcę cię widzieć na oczy! - Najchętniej by wykrzyknęła te słowa, ale wolała, by nikt jej nie słyszał oprócz niego.
Usiadła na stołku w przebieralni i zrobiła parę wdechów by się opanować. Teraz to już na pewno nigdy nie założy takiego rodzaju sukienek.
Wstała z zamiarem przebrania się, ale w tym momencie usłyszała szelest zasłonki.
- No - powiedziała mama z podziwem. - W tej sukience ja i tata cię nigdzie nie puścimy.
- Spokojnie nie mam zamiaru jej więcej zakładać - odparła dziewczyna najmniej nerwowym głosem jakim potrafiła.
- Zobacz tę - rzekła kobieta, podając jej ubranie.
Diana, zobaczywszy strój, zapomniała co się przed chwilą stało. Była to najpiękniejsza sukienka  jaką w życiu widziała. Była to czarna princeska, dopasowana do talii, ze średnimi ramiączkami, jakby ze zmarszczonego materiału. Sięgała do połowy uda. Dekolt miała odkryty, ale nie obnażający. Od połowy brzucha rozchodził się mocno falbankowy materiał, mieniący się na srebrno.
Dziewczyna od razu ją przymierzyła i gdy zobaczyła, że leży na niej idealnie, wybrała tę sukienkę jako prezent.
Po zrobieniu zakupów, matka z córką poszły do kawiarni. Gdy zrobiły zamówienie, zajęły miejsce przy wolnym stoliku.
Panowała miła atmosfera,jednak można było zauważyć, jak kobieta patrzy co jakiś czas za okno, jakby kogoś szukała.
Diana jadła swój kawałek, gdy nagle z tyłu podszedł jej brat, który ją przestraszył. Dziewczyna rozbawiona i lekko wkurzona spojrzała się tylko na niego, ale nic nie powiedziała. Roześmiany Alan razem ze swoją najmłodszą siostrą podali jubilatce prezent.
- Wszystkiego najlepszego - rzekł z uśmiechem.
Nastolatka wstała i przytuliła rodzeństwo, dziękując za podarunek.
Otworzyła pudełeczko na biżuterię i zobaczyła srebrną bransoletkę z sercem, wokół którego były cyrkonie. Wzięła je do ręki zachwycona i zobaczyła, że po drugiej stronie było wygrawerowane " W dniu osiemnastych urodzin". Poprosiła brata, aby zapiął łańcuszek na jej nadgarstku. Była zachwycona prezentami, które dzisiaj dostała.

W domu Diana siedziała w swoim pokoju. Asha ostatni raz widziała w sklepie. Na to wspomnienie westchnęła.
Nagle z rozmyślań wyrwał ją dzwonek do drzwi. Z dołu dało się słyszeć, jak woła ją mama. Zbiegła po schodach i była mile zaskoczona.
- Wszystkiego najlepszego! - powiedziały radośnie Nikola i Kamila.
- Wow, nie spodziewałam się was - powiedziała z uśmiechem Diana. Spojrzała na ich stroje.
Ubrane były na wyjście, w sukienkach, makijażach i lekko podkręconymi włosami.
- Czemu jesteście tak wystrojone? - zapytała zdezorientowana.
- Zabieramy cię dziś do klubu dyskotekowego z okazji twoich osiemnastych urodzin! - powiedziała z entuzjazmem Kamila. - Nie martw się, zaraz cię zrobimy na bóstwo i idziemy podbić miasto!
Przygotowania mijały w radosnej atmosferze. Co jakiś czas dało się słyszeć śmiechy nawet na dole. Diana założyła na siebie kupioną dziś sukienkę oraz buty na płaskim obcasie. Włosy miała spięte, z podkręconymi końcówkami. Mama widząc jak wygląda, wzięła aparat i zrobiła zdjęcie. Kazała jej na siebie uważać i być przed dwudziestą trzecią w domu.
Tuż przed samym wejściem do klubu, dziewczyna zaczęła mieć pewne obawy. Nigdy nie była w takich miejscach i dużo się nasłuchała o tym, ile niebezpiecznych rzeczy może się zdarzyć. Koleżanki brały to pod uwagę, ale powiedziały jej by się po prostu bawiła. Same były wielokrotnie w tym klubie i wszytko było dobrze.
Przy wejściu zapłaciły i dostały neonowe bransoletki wstępu. Gdy Diana przekroczyła próg drzwi, uderzyły ją fale ciepła i głośnej muzyki. Było ciemno, a wszędzie latały kolorowe lasery, ale mimo to dało się wszystko widać. Dość dużo ludzi tańczyło na parkiecie, a niektórzy siedzieli w fotelach z innymi osobami pijąc i się śmiejąc.
Koleżanki od razu wyciągnęły ją na parkiet Na początku dziewczyna wolno stawiała kroki, jednak po chwili dała się porwać klimatowi.
Tańczyły we trójkę przez dobrą godzinę, gdy zaczął się wolniejszy kawałek. Wtedy Kamila i Nikola zaczęły tańczyć z nowo poznanymi chłopakami. Diana poczuła się zmęczona i poszła usiąść przy barze. Zamówiła sobie wodę do picia i patrzyła na parkiet.
- Wszystkiego najlepszego - usłyszała koło siebie. Odwróciła głowę i była pozytywnie zaskoczona obecnością białowłosego demona.
- Zefir? Co ty tu robisz?
- A tak sobie przyszedłem.
Diana uniosła brew w górę.
- Tak zupełnie bez powodu? - rzekła sarkastycznie.
- Ależ oczywiście. - Teatralnie położył rękę na sercu. - A już na pewno nie dlatego, że on mnie o to prosił.
- Ech - westchnęła. - Na pewno ci wierzę...
Jej wzrok pobiegł za jego, a mianowicie na piękną dziewczynę, która zachęcała go palcem do tańca.
- Przyszedłem tutaj dla zabawy - powiedział ze złośliwym uśmieszkiem, a jego oczy mignęły czerwienią. Na ten widok przeszedł ją lekki, nieprzyjemny dreszcz. Wstał i poszedł w kierunku parkietu. Diana tylko się uśmiechnęła pod nosem i także ruszyła do swoich koleżanek.
Wróciła do domu o wyznaczonej porze. Zmęczona umyła się i zgasiła światło w swoim pokoju. Położyła się na łóżku i przykryła kołdrą. Zaczęła przypominać sobie, ile dobrego ją dziś spotkało i żałowała, że czas tak szybko mijał.
- Diana, śpisz? - usłyszała ciche pytanie nad sobą.
Odwróciła głowę w kierunku Asha.
- O, to dobrze. Załóż na siebie coś ciepłego.
Dziewczyna wstała bezsłowa i ubrała bluzę leżącą na fotelu. Nie wiedziała o co chodzi, ale wolała nie pytać i się sama przekonać. Szybkim ruchem wziął ją na ręce. W tym momencie była kompletnie zaskoczona i zrobiła się czerwona na twarzy. Chciała protestować, ale nie wiedziała jak. Trzymając ją w ramionach, wyskoczył przez okno na sąsiedni dach. Postawił ją na nim i powiedział:
- Spójrz na niebo.
Diana chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała i zrobiła to, o co ją poprosił.
Zauważyła bezchmurne niebo. Była bezksiężycowa noc a jedynym źródłem światła były gwiazdy.
Popatrzyła się pięć sekund i zauważyła spadającą gwiazdę. To zdarzenie powtarzało się często w bardzo krótkim czasie.
- Dziś jest noc spadających gwiazd - wyjaśnił Ash spokojnym głosem, podchodząc do niej.
Dziewczyna bardzo lubiła gwiazdozbiory. Uśmiech pojawił się na jej twarzy, gdy patrzyła w niebo.
- Dziękuję - powiedziała szczęśliwa i spojrzała się na niego. Sam miał odwrócony wzrok w drugą stronę. Jakoś nie potrafił na nią spojrzeć.
- Ja nic nie zrobiłem - rzekł zwracając twarz ku niebu.
- I tak ci dziękuję, choćby za to, że mnie tu zabrałeś. - Spojrzała na gwiazdy.
Ash w duchu dziękował z całego serca Zefirowi, który wcześniej dał mu po głowie i kazał tu przyjść. Przyjaciel zrobił mu niezłe kazanie o tym, że trzeba mieć informacje o osobie, z którą się zawarło kontrakt. Pewnie niebo bez ani jednej chmurki to też jego sprawka, pomyślał.
- Wszystkiego najlepszego - rzekł bardzo cicho, jednak Diana i tak go usłyszała. Nie odwracając oczu od gwiazd uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

____________________________________
Oto bonus specjalny! Zaskoczeni? XD
Tym co mają dziś urodziny życzę wszystkiego najlepszego! \(≧▽≦)/
A dla tych, dla których jest dziś zwyczajny dzień - dobrego dnia ~♡
/~ NekoNestee 

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Bonusik

 - Sprzeciw! - dało się usłyszeć na wielkiej sali.
Trzej Książęta Piekielni, siedzący przy stole na środku, oraz reszta zgromadzonych, czyli demony wyższego rzędu, które zajmowały miejsca wokół, spojrzeli się na jasnego blondyna, który wyraził swoje zdanie. Na twarzy Forneusa malowało się niezadowolenie.
- Z całym szacunkiem, ale nie możemy dać jakimś ludziom naszej mocy! - kontynuował oburzony.
Na te słowa Lewiatan wstała.
- Nie wezwaliśmy was tu, żebyście decydowali. Jesteście tu tylko po to, by wiedzieć o naszych zamiarach. Jak ktoś nie chce słuchać, niech wyjdzie! - powiedziała stanowczo.
Forneus ze złością przez chwilę mierzył się z jej poważnym wzrokiem, jednak zdominowany przez demona wyższej rangi, usiadł z powrotem na swoim miejscu. Lewiatan także to zrobiła.
- Powiedz mi jeszcze raz, czemu jesteśmy w ludzkiej formie? - zapytał obojętnie Książę.
- Ponieważ, Beliarze, ta forma ogranicza nasze moce, przez co jest mniejsze ryzyko rękoczynów. Dodatkowo o wiele bardziej wolę patrzeć na taki wygląd, niż na chodzące trupy i zmory.
- Tobie to ludzki wygląd bardzo służy - powiedział złośliwie patrząc się na jej obfitą klatkę piersiową, po czym wrócił do jej twarzy, ciemnych włosów oraz oczu, których fiolet był podkreślany przez lekko ciemniejszą karnację.
On sam jako człowiek wyglądał jakby miał około dwudziestu pięciu lat. Białe włosy sterczały mu na wszystkie strony, a czarna, pognieciona koszula miała rozpięte dwa guziki. Nie tłumił na tyle mocy, by mieć inny kolor oczu, niż krwawy czerwony.
Lucyfer nic nie mówił. Spokojnie siedział i obserwował. Teraz miał czarne, średniej długości, uczesane włosy oraz ciemny strój, niczym szlachcic, którym wprawdzie był. W końcu ze stoickim spokojem przemówił:
- Powiedz mi siostro jeszcze raz, co dokładnie chcesz zrobić.
- Chcę przeprowadzić eksperyment. Przeprowadzałam badania na temat mieszania krwi, głównie ludzkiej i demonicznej. Niestety, gdy podałam ją pochodzącą od demona wyższej klasy, następowała przemiana w bezmózgie, tej z najniższego miejsca w hierarchii. Na podstawie obserwacji, doszłam do wniosku, że to jak przebiega przemiana jest zależne od poziomu intelektualnego obiektu badań oraz od podawanej krwi. Dlatego wybranym ludziom z różnych stron świata, o minimalnym zasobie intelektu, chcę podać naszą krew i zwracam się głównie do ciebie, Lucyferze, z racji tego, że to ty teraz rządzisz w Podziemiach, byś udzielił mi swojej pomocy.
Diabeł zastanowił się przez chwilę.
- Ile ma ich być? Tych królików doświadczalnych?
- Trzech mężczyzn, z racji bardziej wytrzymałej budowy. Tak, by każdy otrzymał składnik innego pochodzenia.
- Czyli Szatana nie liczysz? W końcu też jest Księciem- zapytał Beliar niby z rozbawieniem, ale i z powagą.
- Wysłałam mu powiadomienie o dzisiejszym zebraniu i o zarysie, czego będzie dotyczyć. Nic mi nie odpowiedział, ani się dziś nie stawił, więc nie.
- Braciszek się nie przejmuje tym, co się tu dzieje - wtrącił obecny władca. - Uważa, że doskonale dajemy sobie radę, a tak naprawdę to po prostu woli się bawić z aniołami i ludźmi. - Zrobił przerwę i się namyślił - Przewidujesz jakiekolwiek skutki swojego eksperymentu?
- Myślę, że po przebudzeniu nie będą wiedzieć, co się dzieje.
- Ja nie mam zamiaru niańczyć jakiś marnych ludzi - przerwał białowłosy.
- I nie będziesz. Biorę za nich odpowiedzialność i, jeśli wszystko pójdzie dobrze wytłumaczę im, co się stało, ale mogą nastąpić komplikacje i straty, jednak wątpię, by to miało na nas jakikolwiek wpływ.
Lucyfer chwilę myślał. W końcu musi podjąć decyzję, która może być czymś, co albo przyczyni się do nowego odkrycia, albo będzie zagładą. Nie wiadomo też, czy po zmieszaniu krwi tak potężnych diabłów jak oni, człowiek nie zyska większej mocy, niż oni sami.
- Bracie, co o tym sądzisz?
- Jak coś pójdzie nie tak, to zawsze można zabić - powiedział wyraźnie zmęczony posiedzeniem.- Swoją krew mogę dać. Może z tych mieszańców będzie jakaś zabawa, więc czemu nie?
W tym momencie, przez wielkie drewniane drzwi, do sali wszedł demon. Podszedł do swojej pani i przekazał jej cicho wiadomość, po czym, po skinięciu na pożegnanie, wyszedł.
- Właśnie otrzymałam informację, że obiekty badań dotarły.
- Możesz je pokazać- powiedział spokojnie czarnowłosy.
Po rozkazie Lewiatan, trzej słudzy wnieśli nieprzytomnych mężczyzn i położyli ostrożnie na podłodze.
- Oto oni. Jeden pochodzi z Norwegii, drugi z Półwyspu Iberyjskiego, a trzeci z terenów wschodnich.
Pan Podziemi nie wstając badał wzrokiem ofiary. W końcu wydał ostateczny wyrok:
- Dobrze, siostro. Zgadzam się.
Lewiatan się uśmiechnęła i zaczęła wprowadzać swój plan w życie.

~Kilka dni później~

Lewiatan siedziała w jadalni, przy stole i przeglądała wyniki obserwacji eksperymentu.
W chwili gdy wszedł Beliar nawet nie podniosła głowy. Od razu wyczuła, że jest w swojej normalnej formie, nieograniczającej mocy.
- Czego chcesz? - zapytała już zmęczona jego obecnością.
- Zapytać się, jak ci idzie z twoimi nowymi zabaweczkami - rozeszła się po jej głowie odpowiedź.
- Jeśli mam ci cokolwiek powiedzieć, najpierw zmień swój wygląd - w tym momencie popatrzyła się w czerwone iskry zamiast oczu, na jego twarz, która była bez skóry, a wszystkie ścięgna, mięśnie i kości miały jednolity, biało-szary kolor. - Chyba nie chcesz mnie zdenerwować?
Jego szpony zaczęły zamieniać się w ręce, całe ciało nabrało bladej cery, a na ustach zagościł jego standardowy, złośliwy uśmiech.
- To? Odpowiesz mi? - zapytał, przysiadając się i kładąc głowę na dłoniach.
- Od trzech dni są martwi, ale nie widać żadnych objawów, żeby ich ciała się rozkładały. Przy innej krwi, ludzie po maksymalnie dwóch dniach stawali się podrzędnymi demonami, więc nie wiem ile teraz to potrwa - odparła lekko zirytowana czekaniem. Jednym ruchem ręki zrzuciła ze stołu papiery z wynikami i oparła głowę o dłoń, zrezygnowana. Popatrzyła na białowłosego, który jeździł wzrokiem po jej całej górnej połowie ciała, cały czas mając przy tym uniesiony kącik ust.
Po paru sekundach ciszy oboje usłyszeli, jak ktoś szybko szedł w kierunku sali.
- Chyba się wreszcie doczekałaś - rzekł pod nosem i chwilę później wszedł do środka jeden ze sług kobiety.
Uklęknął i zaczął mówić ze spuszczoną głową:
- Pani, z obiektami badań zaczęło się dziać coś dziwnego. Zaczęły emanować energią i...
W tym momencie Lewiatan wstała i po przez teleportację, przeniosła się do piwnic, gdzie leżały jej króliki doświadczalne.
Każdy z nich był w oddzielnej komorze, otoczonej przeźroczystą barierą, którą stworzyła. Nie leżeli jak zwykle, czyli bezwładnie na podłodze, ale unosili się, a wokół nich co jakiś czas było widać przejaw ich mocy. Obok jednego, tańczyły z przerwami płomienie, zaś włosy drugiego były poruszane przez wiatr, a trzeciego co chwilę otulały cienie.
- Czyli zapożyczyli od nas jedną z umiejętności... - powiedziała pod nosem, po czym wskazała na jednego ze swoich sług, obserwującego całe widowisko- Ty! Chodź tutaj z tymi papierami.
Wzięła od demona kartki i zaczęła je przeglądać.
- Gdzie są ich nazwy?
- Jaśnie Pani ich nie podała - odpowiedział ze spuszczonym wzrokiem.
Oddała mu zapiski i spojrzała jeszcze raz na swoje dzieło.
- Trzeba ich jakoś nazwać... - powiedziała zamyślona. Podeszła do pierwszego, który przejawiał moc ognia.
- Zapisz. Ten będzie się zwał Feniks. Drugi... może Zefir, a trzeci... - Podeszła bliżej do Azjaty, wokół którego co jakiś czas były cienie. - Ten będzie Ashimaru. Masz mnie powiadomić, jak się wybudzą - rzekła, po czym zniknęła.
- Jeszcze raz, jak? - ale nikt mu nie odpowiedział. Zapisał same imiona, ale zapomniał, do kogo należały. Nie wiedząc co ma zrobić, wpisał do kartoteki z nie tą kolejnością, która była powiedziana, ale nikt nie zauważył jego pomyłki.

~ Pięć lat przed zawarciem kontraktu z Dianą ~

W Podziemiach wybuchło zamieszanie, gdy odkryto, że obecny władca zniknął.
- To kto mówi? - zapytał Zefir, gdy szedł z kolegami do Lewiatan.
- Feniks oczywiście - odezwał się Ashimaru - w końcu najlepiej z nas się wyraża - rzekł z sarkazmem.
Ten spojrzał się na niego zirytowany i się odgryzł:
- Przynajmniej ciągle nie obrywam i nie demoluję każdej sali, w której przebywam.
Ash na tą uwagę tylko prychnął.
We trzech weszli do wielkiej komnaty, w której Lewiatan już na nich czekała. Podeszli bliżej i dwaj z nich uklękli na podłodze z białego marmuru. Czarnowłosy demon stał z założonymi rękoma za głową i patrzył się w bok. Nie znosił pokazywać szacunku do innej istoty, ani się przed kimś płaszczyć. Diablica podeszła do niego zirytowana jego zachowaniem i kopnęła go z pół obrotu tak, że wylądował na kamiennej kolumnie pięć metrów dalej, zostawiając na niej ślad.
Jego koledzy spojrzeli się na niego, myśląc jednocześnie, czy ich przyjaciel na serio jest taki głupi, czy tylko udaje.
- Okazuj szacunek, albo następnym razem wylądujesz na dworze! - powiedziała z wyższością, po czym spojrzała się na klęczących na jednym kolanie.
- Pani, chcemy złożyć raport, że wszędzie wybuchły walki o to, kto będzie następnym władcą. Myślę, że za najwyżej godzinę, wszytko pogrąży się w totalnym chaosie - odezwał się Feniks.
- Możecie wstać - rzekła po czym odwróciła się zamyślona.
W tym czasie Ashimaru oderwał się od kolumny i stanął obok Zefira.
 - Na tronie znaleziono list, najwyraźniej do ciebie - powiedział obojętnie wystawiając rękę z papierkiem. Lewiatan tylko spojrzała zła w jego oczy, że był z nią na "ty" i wzięła kopertę. Przeczytała co było tam napisane i ze wściekłością zgniotła, co trzymała.
-Beliar!!! - wydarła się na cały głos, a jej oczy przybrały czerwony kolor. Bardzo wkurzona wyszła z pomieszczenia, będąc odprowadzoną wzrokiem trzech demonów. Ash podszedł do rzuconej oraz zwiniętej kulki papieru i przeczytał na głos, co na niej było:
- "Droga Lewiatan, znudziło mi się bawienie w króla, więc idę szukać innej zabawy. Twój Beliar. PS. Szkoda, że nie mogę zobaczyć twojej miny".
Zefir tylko westchnął zrezygnowany, tym co usłyszał.
- Wiedziałem, że kiedyś taj będzie... -powiedział Feniks krzyżując ręce.
Stali tak chwilę w ciszy. Białowłosy podszedł do okna i wyjrzał na zaczynające się bójki między innymi istotami.
- Może na tym skorzystamy i się pobawimy? - powiedział z uśmiechem.
Nagle w swoich głowach usłyszeli głos Lewiatan, która kazała pojawić im się na najwyższym balkonie. Wszyscy trzej wiedzieli, że jeśli komunikuje się w ten sposób, to znaczy, że już nie wygląda jak człowiek. Podczas teleportacji na wyznaczone miejsce, zmienili swój wygląd, przez co nie ograniczali mocy. Zmaterializowali się klęcząc przed dwoma Książętami. Lucyfer tak samo jak i Lewiatan był zwrócony ku pustym polu, na którym wznosiło się coraz więcej bójek.
Nagle dostrzegli coś znacznie gorszego.
Diablica miała teraz podobny wygląd do Beliara, gdy siebie nie ograniczał. Jej długie, prawie do podłogi, czarne włosy były poruszane przez wiatr, który był tylko wokół niej. Zamiast zwykłego ubrania miała na sobie strzępy z granatowej tkaniny, która wisiała prawie że na samych kościach.
- Zatkajcie uszy - rzuciła.
Wszyscy wykonali jej rozkaz, oprócz zdezorientowanego Asha, który szybko tego pożałował.
Kobieta otworzyła usta w stronę pola walki i rozległ się przerażający pisk, idący od niej falami. Każdy walczący między sobą demon z bólu złapał się za głowę. Wszyscy zwrócili się ku niej.
- Zamknąć się! - pojawił się jej krzyk u każdego w umyśle, po czym rozbrzmiał władczy głos, niczym dowódcy - Jedna trzecia z was się sprzymierzyła i nadchodzi z zamiarem zabicia nas wszystkich! Ustawcie się w szeregach przede mną! Macie wybór: zginąć w walce każdy przeciwko każdemu lub ocalić wasze nędzne żywoty i mnie słuchać. Każdemu, który nie chce tego drugiego, osobiście pomogę zniknąć z tego świata.
Jedna osoba podeszła dwa kroki bliżej. Był to podrzędny demon.
- Nie mamy obowiązku się ciebie... - zaczął mówić, ale nagle jego ciało zostało przepołowione przez niewidzialne ostrze, zrobione przez Lewiatan z wiatru.
Wszyscy zamilkli i zastygli w bezruchu.
- Na co do cholery czekacie??? Ruchy! - zawołała.
W mgnieniu oka przed balkonem stały już trzy zastępy wojsk, stworzonych według wskazówek. Armia nieprzyjaciela zbliżała się bardzo szybko. Nie było ani chwili do stracenia.
Diablica wydała polecenie Zefirowi, Feniksowi i Ashimaru, by pokierowali odpowiednio jednostkami. Lucyfer tylko stał i patrzył na wszystko znudzonym wzrokiem. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Wojna trwała już dobre dwadzieścia minut. Wszystkie strony się niwelowały, jednak od jakiegoś czasu przewagę miała grupa ludzkich demonów. Oni trzej biegali po polu walki, jak po placu zabaw i cały czas się śmiali. Uśmiechali się do siebie za każdym razem, kiedy przebijali serca lub pojawiał się nowy trup, stworzony z ich rąk.
Aż  nagle Ash zobaczył, jak klatka piersiowa Feniksa zostaje przebita czarnym ostrzem. Wszystko jakby działo się w spowolnionym tępię. Wszystkie pozytywne uczucia zniknęły. Pojawiło niedowierzanie. Czarnowłosy stanął w bezruchu i widział dokładnie, jak bezwładne ciało jego przyjaciela opada na ziemię. Przez głowę przemknęły mu wszystkie radosne chwile, które przez ostanie stulecia razem przeżyli. Od początku ich narodzin jako demony, zawsze trzymali się razem. Ich ludzka strona spowodowała, że się do siebie wszyscy trzej przywiązali. A teraz... jeden z nich zniknął już na zawsze.
Ashimaru widział, jak u kolegi znika blask w oczach, znika życie. Zastygł w bezruchu. Sekundy zaczęły stawać się minutami. Gdyby nie Zefir, który był niedaleko, został by trafiony od tyłu przez innego przeciwnika. Ash słyszał, że białowłosy coś do niego mówił, ale nie wiedział co. Wszystko przestało istnieć.
Zaczął krzyczeć imię poległego kompana, który już nie mógł odpowiedzieć. Podbiegł do niego i odwrócił na plecy. Widział otwarte, martwe oczy oraz usta. Skóra była nienaturalnie zimna i nie reagowała na żadne bodźce. Zefir nie mógł być przy nim, ponieważ go osłaniał. Również strasznie przeżywał śmierć przyjaciela, ale jego umysł działał dalej i dobrze wiedział, gdzie się znajduje. Na polu walki.
Ashimaru kompletnie o tym zapomniał.
Nagle fala gniewu i rozpaczy zaatakowała jego umysł i ciało. Dał jej upust. Uwolnił wszystkie swoje uczucia, cały ból i cierpienie. Powstała kolumna ognia, która wystrzeliła w górę. Wszyscy wokół zasłonili twarze z powodu nagłego gorąca. W ułamku sekundy, ogień spadł i jednym, potężnym ruchem, biegnącym od czarnowłosego, spalił wszystko. Armia wroga składała się wyłącznie z podrzędnych demonów, które bliskiego spotkania z owym ogniem nie przeżyły. Wszyscy inni mieli wiele poparzeń, ale nie umarli. Nad armią wroga dowodził jeden, wyższej rangi osobnik, który stał niedaleko Asha, przez co odniósł poważne obrażenia i leżał prawie martwy.
Wszyscy patrzyli na wściekłego i niepanującego nad sobą ludzkiego demona, który podchodził powoli do przeciwnika. Z jego jednego oka popłynęła czarna łza. Jego twarz nie miała żadnych emocji, zaś w środku cały od nich był naładowany. Stracił kontrolę nad swoim umysłem i ciałem. Ogarnęło go cierpienie i chęć zemsty.
Kiedy stanął nad wrogim dowódcą, słyszał jak ten błaga o litość, że nie chciał, ale to wszytko było zagłuszane przez tętniącą z gniewu krew w uszach. Ash wystawił rękę w stronę jego twarzy i po chwili wielki strumień ognia wystrzelił od ziemi ku górze. Został sam popiół.
Czarnowłosy odwrócił się w kierunku żyjących osób, które były za nim. Spojrzał się pustym wzrokiem. Nie myślał. Chciał się wszystkich pozbyć, nie rozróżniał już wroga od przyjaciela. Chciał zapełnić czymś to, co stracił. Zaczął cały płonąć, jednak ogień nic mu nie robił.
Po chwili wszystko i wszyscy, w promieniu pięćdziesięciu metrów, zaczęli się palić. Po całym polu walki rozległy się przerażające krzyki. Wszystkie demony wyższego rzędu walczyły z ogniem, który je zaskoczył. Nie mogły umrzeć, ponieważ szybko się regenerowały, jednak i ruszyć, ponieważ ból był zbyt wielki. Były uwięzione w cierpieniu. Nikt nie wiedział, jak to przerwać.
Również Zefir to znosił, jednak trochę mniej, bo w porę użył swojej mocy wiatru. W tym momencie wiedział jedno. Musi to przerwać. Mimo obrażeń, podszedł do przyjaciela i krzyczał, żeby ten przestał. Niestety, nie było żadnej reakcji. Ash nie panował nad sobą. Białowłosy z pełnym bólu wyrazem twarzy, podniósł rękę i swoją mocą przebił mu głowę. Wiedział, że czarnowłosy nie umrze od tego, a jego działanie przyniesie efekt.
Cała jasność, wywołana przez ogień, zniknęła. Ashimaru nieprzytomny padł na ziemię. Zefir popatrzył lekko zmęczony na miejsce, w którym umarł Feniks. Teraz została tam tylko sterta popiołu. Machnął ręką, a wiatr poniósł ją ku górze i rozwiał.
- Żegnaj...- rzekł smutnym tonem.

Lucyfer i Lewiatan wszystko obserwowali z balkonu swojego zamku. Mieli stamtąd najlepszy widok. Widzieli cały przebieg wojny, lecz nic ich to nie ruszyło. Gdy zobaczyli, jak Zefir pozbył się pozostałości po swoim przyjacielu, Lucyfer w końcu odezwał się swoim spokojnym tonem:
- Chyba się do siebie przywiązali.
- Oczywiście, że tak. Przecież byli kiedyś ludźmi, dlatego pomimo tego, że są teraz demonami, będą cierpieć, ale dzięki temu staną się silniejsi. To cecha, której nam brak. Może kiedyś, napędzani przez uczucia, staną się silniejsi nawet od nas - mruknęła Lewiatan - Chociaż... nie. Są na to zbyt głupi.
Zeskoczyła z barierki, na której stała i przybrała ludzką formę. Jej towarzysz zrobił to samo. Diablica zaczęła iść w stronę wyjścia.
- Czyli gdybym zginął, nie było by ci smutno? - zapytał z udawanym smutkiem.
- Nie uroniłabym nawet łezki - rzekła nie odwracając się.
Lucyferowi jeden kącik ust poszedł w górę.
- Okrutnaś, siostro.


_______________________________________________
Bardzo przepraszam, że dodaje to w Drugi Dzień Świąt, ale miałam małe opóźnienia ;_;
Mimo to, życzę Wam wszystkim radosnych Świąt i super Nowego Roku!
I dziękuję wszystkim, którym to czytają, a także tym, co komentują.
Do zobaczenia!

/~NekoNestee

czwartek, 27 października 2016

Rozdział 22

Drzwi z hukiem się otworzyły. Przez nie przeleciało na drugi koniec pokoju martwe ciało, które uderzyło w ścianę, obok głowy Asha.
- Dłużej się nie dało? - zapytał z ironią. Czuł, że zaczynało go piec pod skórą.
Zefir wszedł do pomieszczenia. Nie wyglądał już jak człowiek. Długie, nieokiełznane, białe włosy tańczyły w powietrzu, mimo braku wiatru. Wyglądał bardzo podobnie jak Ash, takie same czarno-czerwone oczy, potężna szczęka z kłami, szpony na palcach. Na sobie miał czarny płaszcz oraz spodnie z czarnego, dymiącego materiału.
Jak tylko wszedł, trzej wrogowie zaatakowali go. Zefir przeklął i szybko zrobił unik. Machnął ręką przed sobą, a strumień powietrza przeciął przeciwników.
- Co to jest? - zapytał zdezorientowany.
- Hybrydy, mieszanki, mutanty. Nazywaj to jak chcesz, ale to bezmózgie marionetki.
- Może i bezmózgie, ale, cholera, silne - powiedział, obserwując, jak kreatury się regenerują i po chwili znów stoją na nogach.
Białowłosy demon podbiegł do jednej i w locie oderwał jej głowę. Wylądował z tyłu i obserwował, czy udało mu się uśmiercić wroga. Zauważył, jak ciało, które nadal się ruszało, opadło na podłogę. Po dwóch sekundach poczuł ukąszenie w nodze. Szybko i z całej siły rzucił łeb, który trzymał, o ścianę. Ten roztrzaskał się i został tylko czerwony ślad.
Ash zrobił unik głową, lecz krew i tak mu pobrudziła twarz.
- Uważaj trochę - rzekł zirytowany.
- Zamknij się. To nie ty walczysz z tym gównem - odpowiedział szybko Zefir, nie spuszczając wzroku z przeciwników - Nareszcie udało mi się jednego pozbyć.
- Spróbuj może wyrwać serca, a nie rzucać głowami.
Białowłosy pojawił się przed jedną z hybryd i zanim ta zdążyła zareagować, przeszył jej klatkę piersiową na wylot, trzymając po drugiej stronie nadal bijące serce. Gdy je zgniótł, rozległ się przerażający, nieludzki krzyk. Przeciwnik padł martwy.
Nagle Zefir poczuł przeraźliwy ból. Spojrzał w dół. Ręka, najprawdopodobniej wilkołaka, która należała do trzeciej hybrydy, przeszyła jego ciało. Na szczęście pod klatką piersiową. Demon chwycił owy nadgarstek i go brutalnie złamał. Przeciwnik wrzasnął, cofając rękę. Białowłosy skorzystał z nieuwagi wroga i wykończył go w taki sam sposób jak poprzedniego.
Po skończonej walce, otrząsnął rękę z nadmiaru krwi, a resztę wytarł o materiał swojego ubrania.
Dziura na brzuchu szybko zaczęła się goić, jednak z nogą nie było tak łatwo. Lekko utykając, Zefir poszedł w kierunku Asha.
- Nie wiem, co to cholerstwo miało w zębach, ale to będzie się goić przynajmniej pół godziny - rzekł wkurzony.
Czarnowłosy zaczął coraz ciężej oddychać. Ból wewnątrz jego organizmu coraz bardziej się nasilał, a do tego jeszcze piekły go kajdany.
Zefir szybko spojrzał na żelaza, którymi jest przybity jego przyjaciel. Domyślił się z czego są zrobione, więc podszedł do stołu z narzędziami i wziął cokolwiek, co by posłużyło za łom.
Po uwolnieniu, Ashimaru upadł na ziemię. Nie dał rady wstać. Czuł niewyobrażalne cierpienie, jakby całe jego wnętrze się paliło. Zaczął krzyczeć i zwijać się z bólu. Nic nie potrafił z tym zrobić. Piekło go niemożliwie wszystko, co znajdowało się pod skórą, powoli idąc w kierunku serca.
- Co ci jest??? - zapytał mocno przestraszony, białowłosy demon.
- Diana... została zatruta - wydusił z siebie, z przerwą na wdech, po czym znowu krzyknął.
Zefir przeżył szok. Czyli... Ashimaru ma umrzeć...? Ma zniknąć, jak jego poprzedni przyjaciel?...
Nie zaakceptuje tego.
Szybko zaczął się rozglądać za jakąś odtrutką, ale dostrzegł tylko strzykawkę z czerwonym płynem w środku. Nie miał nic do stracenia. Wziął ją i podszedł do Diany, która leżała obok Asha. Wbił igłę w jej rękę i przez chwilę patrzył, czy to przyniesie jakieś skutki. Zaczął tracić nadzieję, by to zadziałało. Mogło być już za późno.
Szybko myślał co ma zrobić, jak uratować przyjaciela. Do głowy przyszło mu tylko jedno rozwiązanie.
- Ashimaru, musisz zerwać z nią kontrakt puki jeszcze żyje. Tylko tak uda ci się przeżyć - rzekł zdesperowany. Wiedział, że jego towarzysz polubił dziewczynę, ale lepiej, by jedno zginęło niż oboje.
- Przecież wiesz, że to niemożliwe - rzucił szybko Ash. Ból utrudniał mu mówienie.
- Jest jeden sposób. Lewiatan raz mi powiedziała, gdy się schlała. Aby zerwać kontrakt, trzeba za pomocą swoich mocy pozbyć się znaku kontraktu i zabrać to, co było obiecane. W twoim przypadku nic nie miałeś w zamian, więc musisz się tylko pozbyć znaku.
- Czyli co? Mam ją spalić? - wycedził przez zęby, sfrustrowany i zdenerwowany całą tą sytuacją. Do tej pory był przekonany, że żaden sposób nie istnieje na zerwanie kontraktu.
- Jak chcesz, to możesz, ale chodzi o sam znak. Z resztą, wątpię byś dał radę użyć tyle swojej mocy, by spalić całe ciało. Ona ma znak na palcu, tak?
- Tak. Prawa ręka, środkowy palec.
- Wystarczy, że tylko go spalisz.
Ash nic nie odpowiedział. Nadal nie wiedział, co ma zrobić. Żal mu było dziewczyny, ale nie potrafił jej ocalić. Chciał, by to inaczej się skończyło, ale odczuwał też pragnienie przeżycia i chciał, by ten koszmarny ból się skończył. Złapał się ręki klękającego obok Zefira. Ten pomógł mu wstać i dojść do wózka.
Ash czując, że za parę minut spali mu się serce, nadal z lekkim wahaniem złapał za palec Diany. Po chwili wykrzesał z siebie resztki sił i jego ręka zapłonęła razem z zawartością.
Palec obrócił się w proch. Ash przypalił resztę skóry tak, by krew nie wyleciała. Osunął się wyczerpany na ziemię. Czuł jak pieczenie zaczyna ustępować, że za chwilę zniknie. Wyrównał oddech i siedział tak przez pięć minut. Zefir, będący obok, nic nie mówił.
W końcu Ashimaru wstał. Wiedział, że powróciła mu większość energii, ale przez pewien czas nadal będzie osłabiony. Czuł się jakoś dziwnie, jakby był przygnębiony. Jednak całe swoje emocje skoncentrował na jednym uczuciu- nienawiści do mordercy jego przyjaciela, a teraz również i jego pani.
- Powiedz mi, co tu zaszło? - zapytał Zefir.
- Koleś, który kierował Czarnymi Wężami stworzył sobie marionetki, około tysiąca. Teraz pewnie jest w Piekle i próbuje przejąć władzę.
- Heh, wątpię, by mu się to udało.
- Czemu?
- Po pierwsze może są silne, ale nie na tyle mądre, by wykorzystać wszystkie swoje umiejętności, a po drugie, Lewiatan odwiedziła Gwiazdeczka.
- Lucyfer? Po jaką cholerę?
 Zefir wzruszył ramionami:
- Ja tam nie wiem, ale myślę, że ten ktoś nie da rady zwyciężyć przeciwko dwóm Książętom Piekieł.
- Taaa... Pewnie masz rację - rzekł Ash, po czym na chwilę nastała cisza.
Serce Diany ostatni raz zabiło.
- Umarła - rzekł białowłosy.
Nic nie mógł poradzić. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, nie miał z dziewczyną za dużo wspomnień, więc nie odczuwał za bardzo żalu, po jej stracie, jednak widząc jego przygnębienie, wolał milczeć i po prostu być blisko.
Ashimaru nic nie powiedział, tylko spojrzał się na ciało dziewczyny. Czuł jakieś nieprzyjemne, negatywne uczucie, ale nie potrafił stwierdzić co to. Czyżby... smutek? On był smutny? I to z powodu, że jakiś człowiek umarł? Sam w to nie wierzył.
Chciał już stąd iść. Zapach starych zwłok, który przyprawiał go o mdłości, a także przykre wspomnienia, sprawiały, że chciał się pozbyć całego tego miejsca, zniszczyć je.
Odwrócił się w stronę drzwi i uniósł rękę. W tym momencie, ponad pół laboratoriom zaczęło płonąć.
- Chodźmy stąd - rzekł bez emocji, jednak jego oczy wyrażały istną furię i nienawiść.
Zefir ruszył, nadal lekko utykając, za kolegą i razem w ciszy opuścili stojące w płomieniach miejsce. Wiedział, gdzie się teraz udają- do Podziemi, by się zemścić.
Płomienie ogarniały dosłownie wszystko. Ten niezwykły ogień obracał w proch metalowe stoły, narzędzia i ciała innych istot. Języki ognia zaczęły muskać wózek, na którym leżała Diana. Jej ciało leżało nieruchomo.
Nagle jej serce zaczęło bić, a sama otworzyła jaskrawo-pomarańczowe oczy.

________________________________________________________
I tym akcentem chciałabym zakończyć! Dziękuję wszystkim, którzy to czytali, a jeszcze bardziej tym, którzy komentowali <3 Mam nadzieję, że wam się podobało ^^
Zamierzam napisać nowe opowiadanie, bo mam ich mnóstwo w głowie XD tym razem... romans.
Do tego opowiadania chyba napiszę drugą część, ale nic nie obiecuję, bo muszę mieć zarys całej fabuły i chęć.
Planuję zrobić jeden bonus. Taki spoiler XD Ale nie mówię kiedy się pojawi. :)
Tak więc, jeśli to czytasz, to bardzo ci za to dziękuję!
Mam nadzieję, że do zobaczenia!

/~NekoNestee

czwartek, 13 października 2016

Rozdział 21

Demon otworzył oczy. Przez chwilę miał miał niewyraźny obraz, lecz po paru mrugnięciach, widział normalnie. Poczuł lekkie pieczenie na nadgarstkach i stopach. Zobaczył, że jest przykuty do ściany, za pomocą nie byle jakiego metalu. Szarpnął ręką, by się upewnić czy miał rację. W tym momencie, pieczenie się nasiliło.
-Cholera, Niebiański Metal...- wymamrotał pod nosem, po czym się rozejrzał.
Było to średniej wielkości pomieszczenie, podobne do piwnicy. Wszędzie dominowały ciemne kolory.
Po prawej stronie zauważył dużo stołów, do których były przykute najróżniejsze istoty, takie jak wilkołaki, wampiry, czarownice i wiele innych, wszystkie martwe i bez niektórych kończyn. Ten widok go nie ruszał, jedynie zapach kilkudniowych zwłok drażnił go w nos.
Po drugiej stronie znajdowały się narzędzia, głównie noże i igły, ale nie zabrakło również dziwnych rurek. Wszystko było poukładane na stole, który miejscami był ubrudzony krwią.
Ash stał przykuty niedaleko rogu, przy owym stole. Naprzeciwko były jedyne w tym pokoju, duże drzwi.
Usłyszał, że ktoś idzie w jego kierunku. Nie... Dwie osoby, jedna za drugą. Po chwili drzwi się otworzyły i do środka weszły, tak jak przewidział, dwie postacie. Pierwsza miała szkarłatne oczy, a kosmyki blond włosów opadały jej na twarz. Był to mężczyzna, ewidentnie demon. Miał na sobie ciemną bluzkę, na którą był narzucony ciemnozielony fartuch.
Druga postać miała na sobie białą narzutę,wyglądającą jak worek z otworem na głowę i ręce. Nie miała żadnego wyrazu twarzy. Jej oczy nie miały ani tęczówek, ani źrenic. Blada skóra kontrastowała z ciemnymi, długimi włosami. Nie dało się określić jednoznacznie czy to był mężczyzna, czy kobieta. Postać była kompletnie asymetryczna. Jedna ręka była większa, natomiast druga dłuższa, zakończona pazurami. Podobnie było z nogami. Szła za swoim panem, niczym marionetka.
- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy? - zapytał złośliwie blondyn.
Ash nic nie odpowiedział, tylko patrzył się wrogo.
- Ashimaru... Demon  Zniszczenia... Dawno się nie widzieliśmy.
- Forneus...
- O, pamiętasz mnie.
- Jakże bym mógł zapomnieć osobę, która była najbardziej przeciwna planom, dotyczących stworzenia nowego gatunku demonów?
- Tak, tak... Stare dzieje... Ciekaw jestem, jak zareagujesz na to.
W tym momencie odchylił kawałek koszuli, ukazując prawy obojczyk, na którym widniał czarny wąż z koroną.
Ash widząc to, momentalnie się przemienił. Jego skóra stała się szara, co podkreślało głęboką czerń dłuższych włosów. Dolną część ciała przykrywał czarny, dymiący się materiał, który zaczynał się pod srebrnym paskiem. Tuż nad gołą klatką piersiową, powiększył się czarny pentagram. Palce dłoni i bosch stóp były teraz zakończone ostrymi szponami.
Twarz również się zmieniła. Rysy stały się wyraźniejsze. Gałki oczne były całe czarne, z wyjątkiem rubinowych tęczówek, na których zamiast źrenic były pionowe kreski.
Ash ukazywał długie kły, niczym wściekłe zwierzę. Zaczął szarpać rękoma, by się uwolnić, jednak nie dawało to większego skutku, jedynie ból.
-Ha ha! Uspokój się. Nic ci to nie da - rzekł lekko rozbawiony Forneus.
- Czego chcesz? - wysyczał nieludzkim głosem Ash.
- Skoro nalegasz, to opowiem ci w skrócie, od początku.
- Syndrom porywacza - rzekł z drwiną - Nie ma do kogo gadać, to się wyżala swoim ofiarom.
Blondyn  zrobił szybki ruch i kopnął z pół obrotu swojego jeńca. Temu szyja strzeliła, a głowa mocno się odgięła. Po chwili jednak wróciła na miejsce.
Pan dziwnych kreatur złapał Asha za żuchwę i popatrzył z wyższością oraz nienawiścią:
- Radzę ci słuchać, bo to będzie ostatnia rzecz, którą usłyszysz.
Zrobił krok w tył i kontynuował:
- Od dawna chciałem przejąć władzę w Podziemiach. Nie dawno udało mi się zrealizować plan, tworzony przez wieki. Jednak nie mogłem przejść obojętny obok wydarzenia sprzed pięciu lat. Nagłe zniknięcie Władcy Piekieł również dało dobrą okazję. Postanowiłem wtedy stworzyć własną armię z podrzędnych demonów. Są tak głupie i naiwne, że udało mi się przekonać ponad połowę, dzięki czemu prawie mi się udało. Prawie, gdyby nie jacyś odmieńcy, ty, Zefir i Feniks. Na szczęście pozbyłem się przynajmniej jednego, przez co, po stracie przyjaciela, wpadłeś w szał i wraz z Zefirem pozbyliście się wszystkich Węży. A przynajmniej tak myśleliście.
- I co? Myślisz, że zbierając nową armię uda ci się pokonać Czterech Książąt Piekła?
- Błagam cię. Szatan ma wszystko w dupie, nie obchodzi go co się dzieje pod ziemią. W głowie mu tylko wojna z Niebem i tam się bawi. Lucyfer podobnie, tylko jego kompletnie nic nie obchodzi, dopóki coś mu nie stanie na drodze. Beliar zwiał z tronu pięć lat temu i nikt nie wie, co się z nim dzieje, a z Lewiatan sobie poradzę. Mimo że teraz ona rządzi, to nadal jest sama.
- Zapominasz o innych szlachcicach.
- O niczym nie zapominam. Większość wyrżnę w pień, a część się do mnie przyłączy.
- Wątpię by ci się udało. Nie masz tyle siły.
- Ha ha! Nie docenisz mnie. Wiesz co takiego stworzyłem? Zobacz - podszedł do swojego sługi, którym stał nieruchomo - Stworzyłem hybrydy. Każda ma pomieszane narządy i moce różnych kreatur. To jakbyś połączył wilkołaka, wampira, czarownicę, i co tam chcesz, a nawet demona. Wszystkie cechy są w jednym ciele, tak samo, jak umiejętności. Nadal sądzisz, że mi się nie uda? Mam mnóstwo takich marionetek. Rzeczywiście, może przeciwko wszystkim Książętom Piekielnym jednocześnie, nie dałbym rady, ale sam wiesz, jak jest teraz.
- To po to organizowałeś Potworne Żniwa? By wyłonić najsilniejszego potwora, a potem zrobić z niego dostawcę towaru do swoich podwładnych?
- Zgadza się. Wystarczy powiedzieć, że jak się wygra, to coś się dostanie, a przylecą, jak pszczoły do miodu. Tylko idioci wierzą demonowi.
Ash miał zaciśnięte zęby ze złości. Nie obchodziło go zbytnio, co się stanie z resztą podziemnego świata. Chciał pomścić swojego przyjaciela, patrzeć, jak umiera jego morderca. Jeszcze raz szarpnął rękoma, jednak to wywołało tylko większe pieczenie na skórze.
- Jak udało ci się sprawić, by Góra się do tego nie mieszała?
- To proste, w ogóle nie używałem ludzi. Gdybym to zrobił, to na pewno by się do mnie przyczepili - powiedział, idąc do stołu z narzędziami - A więc, skoro już twoja ciekawość została zaspokojona, teraz ja zaspokoję swoją chęć zabicia cię. Będziesz umierać w najgorszym cierpieniu. Wprowadzić! - wydał polecenie swojemu podwładnemu. Ten wyszedł i po chwili wrócił, pchając wózek, którym przewozi się chorych na salę operacyjną. Na nim leżała nieprzytomna Diana.
Ash zamarł.
Forneus wziął ze stołu jedną z dwóch strzykawek, która miała w środku bladożółty płyn. Podszedł do dziewczyny, wziął jej prawą rękę i podał dożylnie ową ciecz.
- Za piętnaście minut, maksymalnie za pół godziny, będzie martwa - rzekł z uśmiechem - A ty umrzesz, wypalając się od środka. Teraz muszę Cię prosić o wybaczenie, ale idę z moimi marionetkami podbić Piekło - powiedział, po czym wyszedł.
Tuż po tym jak blondyn wyszedł, do pokoju weszły trzy hybrydy.
Stały przed drzwiami, niczym bezduszne lalki. Wszystkie podobne, różniące się tylko szczegółami. Dostały od swojego stwórcy rozkaz, by przypilnować więźnia.
Ash najchętniej wpadłby w furię i zniszczył wszystko dookoła, ale specjalne kajdany oraz fakt, że jego właścicielka umiera, sprawiało, że nie mógł. Ciemny dym zaczął się wydobywać z jego oczu. Szybko myślał, co może zrobić. Do głowy przychodził mu tylko jeden pomysł. Nie przepadał za używaniem swojej mocy ognia. Używał jej tylko w ostateczności. Zamknął oczy i się skoncentrował.
Nagle przed nim zapłonął pentagram i zawiał lekki wiatr. Po paru sekundach wszystko ustało.
Po minucie, z za drzwi dało się usłyszeć odgłosy walk. Ktoś rozcinał ciała swoich przeciwników, idąc w kierunku czarnowłosego demona.


_______________________________________________
Tak to ja! Znowu!
...
Tia... Rozdział 21 oto podany! Mam nadzieję, że się podoba ;)

/~NekoNestee

czwartek, 29 września 2016

Rozdział 20

Ash popatrzył ze złością na Libertusa:
- Wątpisz w moje umiejętności?
- Jakże bym śmiał - odrzekł anioł udając strach, kładąc rękę na serce - Przecież jakże bym mógł w Pana... a no tak. Nie jesteś szlachcicem - ostatnie zdanie wypowiedział ze złośliwością.
Ash nic nie powiedział, tylko zacisnął pięści i usta. Blondyn uniósł brwi.
- Nooo... coś trudno cię dziś sprowokować - rzekł pewny siebie anielski sługa, krzyżując ręce - Przecież już dawno, nawet na sam mój widok, od razu byś mnie uderzył. Czyżby to z powodu człowieka, który stoi za tobą?- w tym momencie schylił się lekko i popatrzył na Dianę.
Ash schował ręce do kieszeni, by nie kusiła go opcja uderzenia anioła.
Ona trochę się przestraszyła, lecz po chwili, gdy spojrzała w jego złote oczy, poczuła ogarniający ją spokój. Nie wiedziała dlaczego. Może aniołowie tak działają na ludzi?
- Diana jak mniemam?
Dziewczyna potwierdziła kiwnięciem głowy.
Anioł nic nie powiedział tylko zmierzył ją wzrokiem i się wyprostował.
- Po co tu przylazłeś? - zapytał zirytowany demon.
- Jestem ciekaw, czy zrozumiesz o co mi chodzi - rzekł z wyższością, po czym dodał wolniej, by zaakcentować każde słowo - Węże mają wiele wspólnego z Kwiatami.
Ash popatrzył się jak na idiotę:
- Co ty, w botanika się bawisz?!? - zapytał wyraźnie wkurzony.
- Ha ha! Wiedziałem, że jesteś debilem...
- Ty serio chcesz się bić???
- Spokojnie. Pomyśl nad tym co ci powiedziałem. Co było pięć lat temu? Co jest teraz?
Czarnowłosy zastanowił się przez chwilę. Nagle unosił gwałtownie głowę. Zrozumiał o co chodzi:
- Czekaj... Jak to? Przecież spaliłem ich wszystkich. Widziałem, jak ich szef się spalił. Więc jak to możliwe...
- Jesteś pewien, że tamten był prawdziwy? - przerwał mu Libertus - A co jeśli powiedziałbym, że ten którego zabiłeś, był podstawiony, a prawdziwy działał z ukrycia?
Ash nie ukrywał swojego zszokowania. Na to nie wpadł.
- I że teraz, ta sama osoba, jest przywódcą Czarnych Lilii?...
Anioł nie mógł potwierdzić słownie, ale kiwnął głową.
Demon czuł narastający w sobie gniew. Przez te wszystkie lata,  był pewny, że wszystkich z organizacji, która zamordowała jego przyjaciela, wytępił. A teraz się dowiaduje, że najważniejsza osoba, która przez cały ten czas kierowała wszystkim, przeżyła. Zaczęła ogarniać go furia i chęć zemsty. Zacisnął ręce w pięści. Zamknął oczy, by spróbować zapanować nad gniewem, lecz mimo to tęczówki stawały mu się intensywnie czerwone, a kły zaczęły się dłużyć i ostrzyć.
Libertus widząc to, położył rękę na ramieniu demona.
- Ogarnij się. Odegrasz się nie długo. Szczególnie, że w tym roku ukończył swoje... "dzieło". Nie mogę powiedzieć dokładnie, o co chodzi, ale wiedz, że to dotyczy głównie Podziemi, a z racji tego, że jesteś na celowniku, powinieneś bardziej uważać.
Ash trochę się uspokoił.
- Gdzie jest ich siedziba? Kim jest ten cały... operator??? I dlaczego dotyczy to tylko Piekła?
- Ech... nie mogę ci nic więcej powiedzieć, takie rozkazy. I tak cud, że mogłem cokolwiek ci o tym powiedzieć, więc powinieneś być mi wdzięczny.
- To ostatnie pytanie. Dlaczego mi o tym mówisz?
Libertus uniósł lekko brwi. Pochylił się w stronę Asha i rzekł cichym i przerażającym tonem:
- Bo to ja chcę cię zabić, patrzeć, jak twoje oczy tracą blask, pełne nienawiści. To ja chcę być tym, który przeszyje twoje ciało na wylot. Chce usłyszeć twoje ostatnie słowa.
Demon uśmiechnął się złowrogo.
- I dlatego nie pozwolisz, by zabił mnie ktoś inny. Heh. Zobaczymy kto kogo zabije, Lili. Sam wiesz, że tak łatwo się nie dam.
Anioł się wyprostował, a jego kąciki ust poszły lekko w górę. Zaczął iść wzdłuż ulicy, oddalając się od Asha. Machając ręką, bez odwrócenia się, rzekł na do widzenia:
- Mam nadzieję, Ashimaru.
Ten wcisnął przycisk, by przejść przez ulicę.
Diana nie rozumiała, o czym rozmawiali, jednak była tego bardzo ciekawa. Postanowiła zadać parę pytań, ale jak będą na tej spokojniejszej części drogi, którą zaczynała się chwilę po skrzyżowaniu.
Po około pięciu minutach drogi, Diana nadal się wahała.
Ash czuł jej niezdecydowanie, jednak nie zareagował.
- O co chodzi z tymi Wężami i Czarnymi Liliami? - zapytała w końcu.
- Lilie to ci goście, którzy nas zaatakowali, a Węże to też coś podobnego.
Dziewczyna nie była usatysfakcjonowana z odpowiedzi.
-A co było pięć lat temu?
Demon przez chwilę zastanowił się co powiedzieć.
- Wtedy wybuchła wojna o władzę w Podziemiach, a Węże to grupa, która prawie wygrała.
- Prawie?
- Tak - rzucił od niechcenia.
- A dlaczego? - zapytała Diana trochę ciszej.
- Po prostu - rzekł zirytowany.
Dziewczyna uznała, że powinna przestać, ale jedna sprawa nie dawała jej spokoju.
- Byłeś człowiekiem?
W tym momencie zatrzymał się i zwrócił ku Dianie. Nadal był zdenerwowany tym, co powiedział mu anioł.
-Słuchaj, nie chcę o tym ga...
Zdanie przerwało mu silne ukłucie w plecy. Ashowi wzrok zaczął się rozmazywać.
-Ash?!? Co się dzie...- Diana padła na ziemię nieprzytomna.
Demon czuł, że za chwilę podzieli jej los, ale nadal walczył. Wiedział, że nie dostał czymś zwykłym. Zobaczył czym dostała jego pani. W jej ramieniu tkwiło coś w rodzaju strzałki usypiającej. Odwrócił głowę, by zobaczyć, kto do nich strzelił, jednak w tym samym momencie poczuł nowy, nagły ból w szyi i w bok.
Czarnowłosy upadł bezwładnie na ziemię. Tuż przed całkowitą utratą przytomności, zdołał dostrzec czterech ludzi, wychodzących z lasy, który był na końcu małej drogi.
Potem nastała ciemność.

___________________________________________
Przepraszam znów za opóźnienie! >.< Ale szkoła itp...
Dobra. Zdradzę, że powoli zbliżamy się ku końcowi!
Planuję zrobić jeszcze bonus, ale nw czy coś z tego wyjdzie ( ten by był spójny z fabułą).
Jeszcze raz przepraszam!
Do następnego!

/~NekoNestee

PS. Jak widzicie błąd to piszcie w kom, potem bym je usunęła, by nie robić spamu.